No ile można?
Dość. Kolejny wieczór nieudany. Bohater pełen złości, bohater pełen żalu. Bohater myśli, że drugi raz nie posłucha kobiety, której słowa i decyzja ustawiły jego ostatnie trzy lata całkiem obok toru którym zechciałby podążać. Czemu obcy, lub ledwie znajomi motywują i chwalą jego pomysły, a najbliżsi są obojętni, lub starają się delikatnie przekazać, że pomysły głupie? Że tak nie da rady, że trzeba zostawić otwartą furtkę w razie powodzi, nie rzucać się wprost do oceanu i błądzić po nieznanych wodach, nie wiedząc za co pociągnąć by spadły pieniądze i szczęście. Może skoro nie wie, to rzuca się by się dowiedzieć? Dokładnie. Bohater. Zawsze pełen słodkiej świadomości swej odrębności i wyjątkowości. Ciężka rzecz. Albo go zabije i przygniecie do gleby, albo da ciekawe, bogate życie. Jeśli nawet na chwilę przygniecie - nieważne. W ogólnym rozrachunku wyjątkowość może tylko przynieść więcej wyjątkowości. Jest w tym wartość. Jeżeli komuś innemu nie udało się swej wyjątkowości ogarnąć - niech pozostanie to jego problem, nie bohatera. Bohater ma swoje, bohaterskie w końcu, życie. Dość. Pierwszy wieczór udany. Własne bohaterskie życie. Dobre życie. Dziś pierwszy dzień końca tego życia. Wytarte, acz mądre powiedzenia i przysłowia niech staną się idealnym sposobem na podbudowanie bohaterskiego ego. Jednym z wielu i wcale nie najbardziej rozkosznym.